| w-prochblog |
| ::księga
gości:: 2010 kwiecień marzec luty styczeń 2009 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec |
41. Rozdział czternasty. Tathija — miasto klaunów. Byli wszędzie! Otaczali człowieka z każdej strony, zataczali wokół makabryczny krąg… te ich bezbarwne mordy, zapach pospolitości, konsystencja jednolitej, zbitej wręcz, masy doprowadzała do szaleństwa. Wyblakłe błazny znudzone egzystencją uzależnioną od tegoż cennego czasu zaklętego w złoconych zegarkach, stukają obcasami czarnych butów o białe chodniki, twardo stąpają po śliskim marmurze. Wszyscy mają cel! Ale jaki? Zapewne żaden z tych trefnisiów w śmiesznych przebraniach nie potrafiłby mu odpowiedzieć.
Czy on miał jakiś cel?
Adam zatrzymał się w połowie drogi do ratusza, rozglądając się uważnie na wszystkie strony. Szukał inspiracji? Czegoś co pomoże mu przypomnieć sobie, jaki obrał kierunek w życiu? Ech, nie… Po co?
Zabrał dziecku nasyconego soczystymi barwami lizaka i włożył go sobie bezceremonialnie do ust. Niziutki chłopiec o wodnistym spojrzeniu wygiął nieładnie maleńkie usteczka, nawet poskarżył się idącej obok matronie w wielkiej, zielonej sukni ze śmieszną tiurniurą. Niestety kobieta obdarzyła chłodnym spojrzeniem impertynenckiego mężczyznę o diabolicznym wyrazie twarzy, wzięła dziecko za cienki nadgarstek swą naznaczoną plamami wątrobowymi i siateczką niebieściutkich żył łapą w żółtej, koronkowej rękawiczce i pociągnęła nieboraka w swoją stronę… dążąc do własnego celu.
Adam zaśmiał się.
Oj, smakował ten cukierek. Lepki sok oblókł mu usta, spływał razem ze śliną słodkim smakiem niezidentyfikowanych słodyczy do gardła, pozostawiając wielce lizakowaty posmak. Skradziona rzecz całkowicie bezbronnej istocie — takie brutalne, perfidne zagranie na uczuciach malca — która wcześniej rozkoszowała się smakiem wyjątkowo dziś otrzymanego wynagrodzenia za dobre sprawowanie, rozkoszowała się przecież własnością, na którą ciężko zapracowała — to wszystko sprawiało, że Adam czuł na języku, podniebieniu dodatkowy, charakterystyczny dla wrednego zachowania smaczek.
Był szczęśliwy, kiedy czuł ten smaczek.
Ale!
Czy rzeczywiście chciał się do tego rodzaju szczęścia ograniczyć? Czy taki był jego cel? Czy rzeczywiście ten lizak w ustach był jedyną rzeczą, na jaką go stać? Powoli ssał cukierek, zastanawiając się nad swoim życiem — mijani ludzie ocierali się o niego, potrącali, aczkolwiek dziś nie robiło mu to różnicy, tak bardzo chciał iść piechotą, że lodowata ściana bezbarwnej tłuszczy przestała przeszkadzać.
O nie…
Oblizał z lubością usta, mrużąc w charakterystyczny sposób oczy — to już nie to samo, odkąd zasmakował innego rodzaju szczęścia, dziecinne droczenie się z tathijczykami przestało być zabawne, przestało dawać jakąkolwiek satysfakcję (tylko smakowało… bogowie!, jak smakowało!). Chciał więcej. Chciał… sławy? Och, nie! Chciał chwały! Chciał gloryfikacji ponad Boginię Niszczycielkę!
Jak tego dokonać?...
(skorupa jaja pękła)
(krew na jego rękach… taka czerwona, taka słodka, taka lepka, taka czysta, taka niewinna!...)
Adam znów przystanął, tym razem już przed gmachem ratusza, i obejrzał się dokoła. Te twarze — wyświadczyłby im i całemu Ch’tariel przysługę, gdyby zwyczajnie pozabijał tych błaznów! Wyszczerzył upiornie zęby, zza których wystawał patyczek od lizaka. Wbił paznokcie we wnętrze dłoni.
(krew za paznokciami!)
Zastukał obcasami o marmurowy chodnik, poprawił fryzurę pod cylindrem. Już wiedział, co zrobi — odnajdzie ją, przypomni sobie, że to właśnie on zabił tę dziewczynę w czerwieni. A potem… BUM!
Wyrzucił niedojedzonego, nadgryzionego lizaka — nie smakował już tak wybornie jak ta myśl. Ta jedna jedyna cudowna myśl, że zrujnuje swoje i Jej życie wyłącznie za cenę chwały.
(pstrokaty lizak odznaczał się na tle białego marmuru) w-proch 2010-04-01 12:04:57 skomentuj (1) |
Inspiracje: Mogwai - Travel is dangerous Mogwai - We're no here Oceniają: Niekonwencjonalna ocenialnia Mała ocenia Poczochrane oceny Kompania ocenowa Ława przysięgłych PWN |